hollywoodzki debiut Komasy, który pojechał mącić wodę Jankesom, dwa filmy w jednym, zaczynamy od rodzinnego dramatu psychologicznego, a kończymy na wiwisekcji narodu amerykańskiego, który przechodzi wielkie zmiany pod wpływem trumpowskiej polityki, wiadomo, że teraz mamy na świecie atak zradykalizowanych prawicowych oszołomów, brauniści, lepenowcy, kibole w rolach prezydentów, więc sam film to dystopijne ostrzeżenie przed faszyzującymi wilkami w owczej skórze, które tak chętnie przyjmujemy pod nasz dach, tylko szkoda, że to oprawione jest w estetykę jak z Hallmarku, ładnie, pobieżnie, upraszczająco, bez zniuansowania, bez większej analizy, totalnie kawa na ławę, film można streścić w kliku słowach: koszmar teściowej, bo synowa napisała nowe „Mein Kampf”, bo syn okazał się reinkarnacją Himmlera, jedna córka lesbijka przeszła do ruchu oporu, druga ma problemy emocjonalne, a na koniec trzecia najmłodsza pracuje w swoim pokoju nad wielką zagładą, wiadomo, że to metafora Ameryki chorej na samą siebie, że za pięknie brzmiącymi hasłami czai się nowa ideologia, która z łatwością potrafi zawładnąć tłumem i przerodzić się w totalitarny system, że tu chodzi o prawactwo, które rzecz jasna rozwala rodziny, społeczność, w ogóle cały kraj, tylko ta społeczno-polityczna diagnoza jest za grubo ciosana, koncept zbyt dosłowny, bezpieczny i symetryczny w swym politykowaniu, a całość tak naprawdę mało oryginalna

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz