KOPNĘŁABYM CIĘ, GDYBYM MOGŁA reż. Mary Bronstein / 2025

 

wreszcie ktoś pokazał, że macierzyństwo to nie sweet focia z bycia mamą, to nie różowy, bajeczny czy milusiński okres z berbeciem, maleństwem czy dorastającym bąkiem, tylko rozwalajacy system nerwowy jeden ciągły atak paniki, który może trwać latami, macierzyńska orka, macierzyńska paranoja pokazująca, że nie każdy nadaje się do wychowania młodego człowieka, tym bardziej dziecka o specjalnych potrzebach, presje społeczne, rodzinne, religijne, kulturowe i nie wiadomo jakie jeszcze robią swoje, tatuśkowie-mężowie często nieobecni, dzieciaczki to beztwarzowe potwory, społeczeństwo jest z reguły oceniające, a nie wspierające, a ty uświadamiasz sobie, że wszystko cię przerasta, że nie jest i nigdy nie będzie dobrze, że może właściwie o tym nie marzyłaś, że twój świat zmierza ku przepaści, no i że masz ochotę tym wszystkim pie.dolnąć i uciec jak najdalej, ale nie możesz, ku.wa nie możesz!, będąca na skraju załamania nerwowego Rose Byrne (ja pierdziu!!!) ciągnie film jak ostatnia najprawdziwsza święta krowa, na jej barkach wszystko spoczywa, nawet kamera jest powieszona na niej, nie schodzi z jej twarzy, bo bliskie plany i ciasne kadry nie dają odetchnąć, widzimy że cały świat się jej zwalił na głowę, dosłownie to odczuwamy, wali to na psychikę bezpardonowo, bo aktorka polega na absolutnej rezygnacji z aktorskiej czytelności, impulsywna, półprzytomna, drażniąca, może nawet antypatyczna, ale przecież jakże prawdziwa, jakże przejmująco wiarygodna, próbuje do końca nie postradać zmysłów, a my razem z nią, taka intensywność, że aż wychodzi poza ekran, a tak bezczelnie utkana konstrukcja filmu może skopać emocjonalnie, pamiętajmy - jedyne właściwe hasło: wazektomia 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz